sobota, 29 listopada 2014

Rozdział drugi

Następnego dnia:

Spędziłam pierwszą noc w moim tymczasowym lokum. Niklaus znalazł dla mnie nawet dwa pokoje, ze względu na moje bliźniaki. Nie rozumiem do końca dlaczego, ale dzisiaj obudziłam się niezwykle szczęśliwa i spokojna. W końcu byłam wolna, nie musiałam się wreszcie zastanawiać czy Tyler wróci do domu w dobrym nastroju i czy znów nie zacznie pić. Allison i Matt byli bezpieczni w łóżeczkach, a ja dostałam szansę na nową lepszą przyszłość. Tak Caroline dzisiaj zaczynasz naprawdę żyć. Moje przemyślenia przerwało ciche pukanie do drzwi. Poszłam otworzyć.
- Dzień dobry- powiedział uśmiechnięty Klaus.- Spójrz co dla was przyniosłem- podniósł siatkę z pieczywem, jakimś serkiem, pomidorami i mlekiem dla dzieci.- Może to nie jest wyszukane jedzenie z francuskiej restauracji, ale osobiście najbardziej je lubię.
- Wcale nie musiałeś tego robić- powiedziałam.- Przecież sama mogłam iść do sklepu zrobić zakupy.
- Z tego co widzę dzieciaki jeszcze śpią, a ty nie mogłabyś ich zostawić bez opieki- powiedział.- Poza tym chciałem sprawdzić jak się macie. Tymczasowe mieszkanie wam odpowiada?
- Oczywiście, że odpowiada- odpowiedziałam z uśmiechem.- Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że będzie, aż tak wygodnie. Nie chce żeby to dziwnie zabrzmiało, ale myślałam, że będziemy musieli się gnieździć w jakiejś klice.
- Masz dwójkę małych dzieci, musieliśmy dostosować do tego wasze lokum- powiedział.- Właśnie dowiedziałem się, że na dzień dzisiejszy możesz zostać tutaj do przyszłego miesiąca. Oczywiście przez cały ten czas będziemy szukać czegoś lepszego.
- Czegoś lepszego?- zapytałam.- Wystarczy mi takie mieszkanko jak to. Nie mam jakiś wygórowanych wymogów, jeżeli o to chodzi. Wiesz z Tylerem również mieliśmy mało miejsca i jakoś musieliśmy sobie radzić- powiedziałam zawstydzona.- Nie chciałam tego powiedzieć, wiesz byliśmy naprawdę szczęśliwi z Tylerem tylko żeby on nie pił, nigdy by do tego nie doszło- tłumaczyłam.
- Nie musisz go usprawiedliwiać, Caroline- powiedział.- W swojej karierze spotkałem wiele żon, podobnych do Ciebie. Jesteś typową ofiarą przemocy, która usprawiedliwia swojego oprawcę- gdzieś podświadomie wiedziałam, że ma rację.- Koniec z tym, przyszedłem żeby zapytać czy masz dzisiaj czas oraz czy masz z kim zostawić dzieci?
- Mam dość dużo czasu- odpowiedziałam.- Jednak dlaczego muszę zostawić z kimś dzieci?- zapytałam zdziwiona.
- Ponieważ, mamy dzisiaj spotkanie w sprawie kursów dla ciebie i lepiej byłoby żebyśmy poszli tam sami. Jeżeli jednak nie masz z kim ich zostawić, możemy zabrać je ze sobą- powiedział.
- Tak szybko udało ci się załatwić spotkanie?- zapytałam.- Zadzwonię do Eleny albo Bonnie zapytać, czy któraś z nich może się nimi zaopiekować przez kilka godzin.
- Świetny pomysł- powiedział.- Bonnie z Kolem zapewne bardzo chętnie zastąpią cie w roli mamy. Znam mojego brata, on uwielbia dzieci, szczególnie, że sam często zachowuje się jakby miał nadal pięć lat- uśmiechnęłam się.
- W takim razie, najpierw zadzwonię do nich- odparłam.- Mam nadzieję, że będą się wspólnie świetnie bawić. Śniadanie gotowe, dołączysz do nas?- zapytałam.
- Zrobiłbym to z wielką przyjemnością- powiedział.- Jednak mam spotkanie z moją szefową. Spotkamy się równo w południe. Do zobaczenia- uśmiechnął się.
- Będę gotowa, do zobaczenia- zamknęłam za nim drzwi.

Caroline, była spóźniona już pół godziny, zaczynałem się denerwować. Nie było jej w mieszkaniu, ani nie odbierała telefonu. Może spotkała się ze swoim mężem i coś jej się stało. Nie powinienem tak bezczynnie siedzieć.
- Klaus, przepraszam za spóźnienie!- usłyszałem jej krzyk. Odwróciłem się w jej kierunku.- Naprawdę nie zdążyłam się wyrobić, zostawiłam dzieci z Bonnie i Kolem do tego jeszcze przyjaciółka była tak dobra i pożyczyła mi sukienkę.
- Wyglądasz naprawdę wspaniale- pochwaliłem jej wygląd, wyraźnie się zarumieniła.- Wiem, że kobiety uwielbiają kiedy mężczyźni je komplementują- uśmiechnąłem się.
- Dziękuje- odpowiedziała.- Nie powinniśmy już iść?- zapytała.
- Rzeczywiście, jeżeli nie chcemy się spóźnić, już powinniśmy ruszać- powiedziałem spoglądając na zegarek.

Wszystko wskazywało na to, że Caroline zostanie przyjęta na kurs dla sekretarek. Długość rozmowy rekrutacyjnej napawała entuzjazmem. Mimo, że wolałbym być obecny podczas dyskusji nie wyrażono na to zgody. Trzymałem kciuki za Caroline, oby tylko zbytnio się nie zdenerwowała.
Drzwi do gabinetu wreszcie się otworzyły i z pokoju wyszła uśmiechnięta dziewczyna.
- Dziękuje, panu bardzo- powiedziała, podając rękę, panu Jonsowi.- Stawie się na zajęciach jutro punktualnie o dziewiątej. Do widzenia- uśmiechnęła się.
- Do zobaczenia, pani Forbes- powiedział.- Panie Mikaelson- ukłonił się i odszedł.
- Udało się!- krzyknęła i uściskała mnie serdecznie.- Dostałam miejsce na tym kursie, nie mogę uwierzyć w moje szczęście. To wszystko dzięki tobie- powiedziała.- Nie wiem jak ci się odwdzięcze.
- No nie wiem...- udałem, że się zastanawiam.- Może na początek pójdziemy na kawę?- zaproponowałem.- Dzisiaj ja stawiam.
- Klaus, tyle ci zawdzięczam a teraz jeszcze chcesz mnie zaprosić na kawę?- zapytała.- Dobrze, ale następnym razem to ja zapraszam, a i jeszcze jedno do kawy chce dostać kawałek sernika, jest ze mnie straszny łasuch jeżeli chodzi o słodycze- uśmiechnęła się.
- Dobrze, proszę pani- powiedziałem.- Służę ramieniem.


- Powiedz jak to się stało, że zacząłeś pracować w tej fundacji?- zapytałam, kiedy siedzieliśmy w kawiarni.- Przecież wcale nie musiałeś pracować.
- Mówisz pewnie o pozycji mojej rodziny- powiedział.- Wiesz nigdy nie potrafiłbym być tylko prezesem w firmie mojego ojca. Moi bracia lepiej sobie z tym radzą. Poza tym zawsze chciałem pomagać w jakiś sposób innym. Wiesz to pozwala mi się realizować. Nawet nie wyobrażasz jakie to wspaniałe uczucie widzieć jak inny człowiek wychodzi ze swoich kłopotów i staje na własnych nogach- widać było, że naprawdę to uwielbia.
- Ciężko spotkać kogoś tak zafascynowanego swoją pracą jak ty- powiedziałam.- Twoja postawa jest godna podziwu. Tak naprawdę początek mojego nowego życia, zawdzięczam tobie- powiedziałam.- Nikt wcześniej tak szybo mi nie pomógł.
- Twój uśmiech kiedy wyszłaś ze spotkania z panem Jonasem, był naprawdę wspaniały- uśmiechnąłem się.- Teraz ty powiedz, jak to się stało, że trafiłaś do Nowego Jorku?
- Wychowałam się niedaleko, Nowego Jorku- powiedziałam.- Wiesz taka dziewczyna z małego miasteczka, która marzy o wyrwaniu się do wielkiego miasta. Chciałam przyjechać tutaj na studia, ale wtedy poznałam Tylera. Zaszłam w ciążę i przyjechaliśmy tutaj, ale nie po to żebym mogła studiować, tylko żeby Tyler miał mógł znaleźć pracę i utrzymać rodzinę. Ot i cała hitoria- wzruszyła ramionami.
- Czyli krótko mówiąc, porzuciłaś swoje marzenia dla swojego męża- powiedziałem.- Powinnaś zastanowić się czy nie chciałabyś do nich wrócić. Wiem, że teraz byłoby trudniej, ponieważ musisz myśleć o swoich dzieciach, ale zawsze można spróbować.
- Nie chce żebyś o wszystko obwiniał Tylera- powiedziała.- Nie wierzę, że on nawet się nie starał, przecież jest ojcem, musiał chcieć zrobić dla nich wszystko.
- Możliwe, że starał się być dla nich dobrym ojcem- powiedział.- Ale co z tobą, przecież jesteś jego żoną?- zapytał.- Twoje uczucia nie mają żadnego znaczenia?
- Wiesz, myślę, że zbyt pochopnie zdecydowaliśmy się na małżeństwo- powiedziała.- Ale co się stało, już się nie odstanie. Nie żałuję, że go poznałam, przecież dzięki temu mam Allison i Matta- uśmiechnęła się.- Właśnie skoro o nich mowa, powinniśmy się zbierać, obiecałam, że odbiorę ich, jak najszybciej się da- podnieśliśmy się z miejsc i wyszliśmy na zatłoczoną ulicę.


- Kto zostanie z Allison i Mattem, w czasie kiedy będziesz na kursie?- zapytałem.
- Rozmawiałam z moją mamą, powiedziała, że w razie potrzeby mogę ich zostawić u niej- odpowiedziała.- Co prawda to dwie godziny drogi, ale będę musiała jakoś sobie z tym poradzić.
- Jeżeli chcesz mogę was tam zawieść- zaproponowalem.- To dla mnie żaden problem, a przy okazji odwiedzę później moją matkę.
- Nie chce wydać ci się niezdarna, ale z chęcią skorzystam z twojej propozycji- powiedziała.- Jestem jeszcze zdezorientowana całą sytuacją.
- To zrozumiałe- odparłem.- W jednej chwili twoje życie wywróciło się do góry nogami.
- Muszę...- przerwał jej męski głos.
- Patrzcie państwo- zawołał.- Moja kochająca żona, już obściskuje się z jakimś lalusiowatym padalcem- widać było, że jest pod wpływem alkoholu.
- Pan Tyler, jak mniemam- powiedziałem, wysuwając się do przodu, aby zasłonić przerażoną Caroline.- Pan wybaczy, ale ja pana nie obrażam i życzyłbym sobie aby pan również tego nie robił- dodałem spokojnie.
- Ty zasrany bydlaku, jak się czujesz kiedy dymasz moją żonę?- zapytał.- Ona należy do mnie, słyszysz?!- wrzasnął i rzucił się na mnie z pięściami. Szybko go obezwładniłem, zapewne pomógł mi wypity przez niego alkohol.
- Caroline, mogłabyś wezwać policję- poprosiłem.- Mam komórkę w wewnętrznej kieszeni.
Dziewczyna wyciągnęła telefon i wybrała numer alarmowy. Czekaliśmy na przyjazd funkcjonariuszy.




Nie wiem dlaczego akurat tutaj napisałam rozdział. Jakoś tak wyszło. Mam nadzieję, że ktoś to czyta. Pozdrawiam:)

poniedziałek, 29 września 2014

Rozdział pierwszy

- Tyler, mógłbyś wreszcie mi pomóc- poprosiłam, karmiąc Allison.- Matt, jest głodny mógłbyś wziążć butelkę i go nakarmić, nie mam dziesięciu par rąk.
- Ty jesteś matką, więc weź się za robotę, przecież ja wróciłem z pracy. Jestem zmęczony. Ucisz wreszcie tego krzykacza!- wrzasnął.- Jak on zaraz się nie zamknie sam chętnie go uciszę!- potszedł do naszego półtora rocznego synka i dziwnie się na niego zamachnął. Musiałam go zasłonić.- Niech on się zamknię, chce w spokoju obejrzeć mecz i wypić kufel piwa, zrozumiano?- pchnął mnie na kanapę, obok Matta.- Boże, kiedy moja matka mówiła żebym się z Tobą nie żenił, miała świętą rację, do niczego się nie nadajesz- odwrócił się i wyszedł z domu, trzaskając drzwiami.
Tak właśnie wyglądało nasze życie, od naszego ślubu. Tyler pracował od rana do wieczora, wracał do domu, siadał przed telewizorem i pił piwo. Oczekiwał, że nasze bliźniaki będą cicho, ponieważ pan i władca potrzebuje ciszy, kiedy jednak tak jak w tej sytuacji mały raczy płakać, on zaczyna krzyczeć, wychodzi z domu i wraca pijany. Coraz częściej zdarza mu się również podnosić na mnie rękę, na dzień dzisiejszy tylko na mnie, ponieważ staram się osłaniać dzieci.
- Synku, już proszę- przystawiłam mu butelkę. Matt wyglądał na niezwykle szczęśliwego. Byłam niezmiernie zmęczona, marzyłam tylko o tym, żeby wreszcie dzieciaki zasnęły i żebym sama mogła się położyć. Miałam niebywałe szczęście, ponieważ nie minęły dwie godziny, a zarówno Allison jak i Matt smacznie spały w swoich łóżeczkach. Niestety, nie dana była mi chwila wytchnienia, ponieważ właśnie do domu wrócił pijany w sztok Tyler.
- Ty leniwa krowo, wreszcie uśpiłaś te twoje bachory!- wrzasnął wchodząc do naszej sypialni.- Teraz pora żebyś zajęła się swoim mężem- podszedł do mnie i zaczął szarpać ubranie.
- Tyler nie mam na to ochoty!- krzyknęłam.- Jesteś pijany, zostaw mnie! Porozmawiamy kiedy wytrzeźwiejesz!
- Ty dziwko!- wrzasnął, popychając mnie na łóżko.- Mam swoje prawa, nie obchodzi mnie, że nie masz ochoty- poczułam silny ból, Tyler zaczął okładać mnie pięściami, zdarł ze mnie resztki ubrania i wziął to co według niego, mu się należało.


- Caroline, nie możesz pozwalać się krzywdzić, temu bydlakowi!- wrzasnęła Elena kiedy następnego dnia wpadły do mnie z wizytą razem z Bonnie.
- To ojciec moich dzieci, Eleno- powiedziałam.- Nie mogę tak po prostu wyprowadzić się z domu, przecież nie mam właściwie dokąd pójść. Moi rodzice nie mają miejsca, żeby przygarnąć mnie z dziećmi, a ja nie mam ani wykształcenia, ani żadnych pieniędzy.
- Nie możesz z nim żyć- powiedziała Bonnie.- My z Eleną, pomożemy ci, poza tym jest przecież pomoc z opieki społecznej gdybyś do nich poszła na pewno coś by wymyślili- pokręciłam tylko głową.
- Spójrz Bonnie, nie no nie wierzę!- krzyknęła znów Elena.- Caroline, widziałaś się dzisiaj w lustrze? Wyglądasz jakbyś stoczyła walkę bokserską! On nie ma prawa cie krzywdzić, pomyśl tylko, ile czasu minie zanim podniesie rękę na Allison albo Matta? Nic go nie obchodzi, czy wyżyje się na tobie czy na nich, no bo co to za różnica?
- Elena, ma rację Care- poparła ją Bonnie.- Poczekaj chwilę z tego co pamiętam brat Kola, Niklaus pracuje w fundacji pomagającej kobietom, będącym ofiarami przemocy domowej. Powinnaś się do niego zgłosić, zaraz zadzwonię do Kola i zapytam o nazwę tej organizacji- wyjęła telefon, zadzwoniła do swojego chłopaka.
- Proszę bardzo- podała mi zapisaną karteczkę.- Tutaj masz adres do bióra Niklausa. Powinnaś pójść tam jeszcze dzisiaj.
- Nawet nie próbuj się wykręcać- powiedziała Elena, widząc, że już chce zacząć się sprzeczać.- Zajmiemy się maluchami, żebyś nie miała wymówki. Zrozum Caroline, potrzebujesz fachowej pomocy, a oni będą wiedzieli co zrobić.
- Dziewczyny, przecież Tyler to mój mąż- powiedziałam.- Wczoraj miał zwyczajnie gorszy dzień, ale dzisiaj obiecał, że to był ostatni raz, przyniósł mi nawet bukiet róż- uśmiechnęłam się.
- Przyniósł ci głupie krzaki i zapominasz, że jest zwykłym zapijaczonym łajdakiem- fuknęła Elena.- Jest jeszcze jedna kwestia, ile razy obiecywał, że się zmieni, że to był już ostatni raz?- zapytała.
- Jednak teraz wierzę, że mówił szczerze- odparłam.- Żebyście widziały, jaki był zdruzgotany swoim zachowaniem. Powiedział, że od dzisiaj nie tknie alkoholu i będzie nawet pomagał przy dzieciach.
- Zrobisz jak chcesz- powiedziała Bonnie.- Jednak zatrzymaj ten adres, w razie potrzeby, zawsze możesz tam pójść.
- Dobrze, dobrze wezmę go- powiedziałam.- Teraz wybaczcie ale ja muszę wracać do domu. Tyler za dwie godziny wraca z pracy- wstałam i pchając wózek wyszłam z kawiarni.

- Bonnie, czy tylko mnie wydaje się, że jej zachowanie doprowadzi do tragedii- powiedziałam, patrząc jak Caroline odchodzi.- Ile to już razy słyszałyśmy o kobietach, które dla dobra rodziny zostają przy mężach tyranach, a później kończy się to jakimś nieszczęściem. Nie chce żeby naszej najlepszej przyjaciółce coś się stało.
- Myślisz, że ja chce?- zapytała retorycznie Bonnie.- Jednak co nam pozostaje? Dopóki Caroline sama nie zdecyduje, że chce odejść od Tylera i zacząć nowe życie, mamy związane ręce.
- Wiem, jednak mam wielką ochotę złapać ją za ramiona i nieźle potrząsnąć- powiedziałam.- Chodźmy już, spóźnimy się do pracy.


- Nie spodziewałam się że tak szybko wrócisz- powiedziałam, uśmiechając się do Tylera.- Usiądź do stołu, podaje obiad.
- Nie mam ochoty nic jeść- odburknął.- Miałem ciężki dzień w pracy i chce mieć odrobinę spokoju- jak zwykle wyciągnął z lodówki puszkę piwa.
- Tyler, proszę cie- powiedziałam.- Moglibyśmy wspólnie zjeść obiad, spójrz jak nasze dzieciaki wspaniale jedzą.
- Głucha jesteś?- krzyknął.- Nie jestem głodny!- na nasze nieszczęście Matt właśnie w tym momencie zrzucił talerz.- Patrz co narobił ten bachor- Tyler podbiegł do syna, chwycił go i zaczął energicznie potrząsać.- Nawet nie potrafisz samodzielnie jeść- natychmiast do nich doskoczyłam i praktycznie wyrwałam mu zapłakanego Matta z rąk. Uderzyłam Tylera w twarz.
- Nigdy więcej tego nie zrobisz, słyszysz!?- zabrałam Allison i zamknęłam się w sypialni. Tego było już za wiele. Dopiero co obiecywał zmianę, a kilka godzin później prawie pobił nasze dziecko. Mógł podnosić na mnie rękę, znosiłam to, ale nie pozwolę, żeby te maluchy cierpiały przez moją głupotę. Chwyciłam torbę i zaczęłam pakować wszystko co miałam pod ręką. Zajęło mi to jakieś pół godziny. Wyszłam i zobaczyłam, że Tyler jak gdyby nigdy nic siedzi przed telewizorem.
- Nareszcie, myślałem że już nigdy nie wyjdziecie- powiedział, nawet na mnie nie patrząc.- Możesz mi teraz podać obiad, zgłodniałem.
- Nie masz rąk?- zapytałam idąc do drzwi wejściowych.- Teraz będziesz sam się obsługiwał, nie jestem twoją służącą, wyprowadzam się.
- Co?- zapytał, podrywając się na równe nogi.- Ty się wyprowadzasz? Nie bądź śmieszna- roześmiał się.- Połóż te twoje toboły, dzieciaki do łóżeczek i weź się za swoje obowiązki. Niech ci będzie trochę się wystraszyłem, przepraszam.
- Nie potrzebuje twoich przeprosin- powiedziałam.- Nauczyłam się, że ty zawsze przepraszam, a za chwilę robisz to samo. Wyprowadzam się i składam pozew o rozwód.
- Zwariowałaś!?- wrzasnął.- Nie poradzisz sobie beze mnie. Nie masz ani zawodu, ani żadnych pieniędzy, beze mnie jesteś nikim, słyszysz! Nawet stąd nie wyjdziesz!- próbował za torować mi drogę.
- Jeżeli mnie nie wypuścisz, zacznę krzyczeć- ostrzegłam.- Sąsiedzi mnie usłyszą, zadzwonią po policję- wyglądał jakby się nad tym głęboko zastanawiał, w końcu zszedł mi z drogi.
- To jeszcze nie koniec- powiedział, kiedy wychodziłam.- Nie pozwolę ci odejść bez żadnej walki, słyszysz?- nic nie odpowiedziałam, tylko zamknęłam za sobą drzwi.


Siedziałam już od jakiś dwóch godzin na ławce i właściwie nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Nie mogłam przecież zostać z dwójką dzieci na ulicy. Mogłam w każdej chwili zadzwonić do Eleny albo Bonnie, ale nie chciałam przyznać dziewczynom racji. Nagle przypomniałam sobie o adresie, który dostałam od mulatki. Wyciągnęłam karteczkę z kieszeni i zastanowiłam się przez chwilę. Biuro znajdowało się nie daleko. Postanowiłam, że muszę tam pójść. Zabrałam walizki i pchając wózek podążyłam pod wskazany adres.

- Nik, ja cie proszę- marudził Kol.- Potrzebuje pomocy, przecież wiesz, że matka nie da mi ani grosza- nie było mi go ani trochę żal. Mój młodszy brat, zawsze pakował się w kłopoty. Przepuszczał na swoje libacje niebotyczne kwoty pieniędzy, a później pojawiał się w moich drzwiach, żebym go poratował.
- Kol, czy ty kiedyś zmądrzejesz?- zapytałem retorycznie.- Czy ta twoja dziewczyna, Bonnie nie potrafii cie upilnować?
- Żartujesz braciszku?- roześmiał się.- Ona nawet o niczym nie wie. Zdajesz sobie sprawę, co Bon Bon, by mi zrobiła gdyby się o wszystkim dowiedziała. Mógłbym się pożegnać z życiem.
- Właściwie, przydałoby ci się takie potrzebne potrząśnięcie- powiedziałem.- Nie, Kol nie pomogę ci, uważam że to cie czegoś nauczy. Dostajesz tyle pieniędzy od ojca, a w ciągu tygodnia tracisz je na jakieś trzy imprezy.
- Dobrze, niech ci będzie- odparł, naburmuszony.- Sam jakoś sobie poradzę- podniósł się z krzesła i już wychodził kiedy ktoś zapukał do drzwi.- Nie fatyguj się, ja otworzę- za chwilę do pokoju weszła drobna blondynka z dwójką dzieci i walizkami.
- Przepraszam bardzo- powiedziała.- Jeżeli w czymś panom przeszkodziłam to mogę poczekać.
- Nie, nie, proszę wchodzić- powiedziałem.- Mój brat właśnie wychodził. Jak się pani nazywa i w jakiej sprawie przyszła?- zapytałem.
- Caroline Forbes- uściskaliśmy sobie dłonie.
- Wiem kim jesteś!- wrzasnął Kol.- Przyjaciółka Bonnie, ta która ma męża sukinsyna- spiorunowałem go wzrokiem.- Już sobie idę- ukłonił się i wyszedł.
- Proszę siadać- wskazałem jej krzesło.- W jakiej dokładnie sprawie pani do mnie przyszła?
- Właściwie to pański brat powiedział prawdę- spuściła wzrok.- Mój mąż jest mężczyznom, z którym nie jestem wstanie już dłużej żyć- nagle jedno z dzieci zaczęło bardzo płakać.- Przepraszam, już ją uspokajam- spojrzała na mnie z przerażeniem.- Ali, no już spokojnie, wszystko jest dobrze- zauważyłem, że chłopczyk próbuje złapać mamę za pukiel włosów- wstałem i podszedłem do wózka.
- Młody człowieku- powiedziałem biorąc go na ręce.- Poczekaj chwilę, aż mama skończy zajmować się twoją siostrą- mały patrzał na mnie bystrymi niebieskimi oczami.- Czego może chcieć?- zapytałem, Caroline.
- Ma wielką ochotę na psoty- powiedziała, przyglądając mi się.- Momencik, za chwilkę go zabiorę.
- Nie musisz się spieszyć- odpowiedziałem.- Ten szkrab z chęcią pomoże mi w obowiązkach- zabrałem go do biurka.- Jak ma na imię?
- Matt- odpowiedziała.- Nie chciałabym, żeby panu przeszkadzał.
- Niech się pani spokojnie zajmie, Ali- powiedziałem.- Lubię dzieci, więc nie przeszkadza mi mały. Proszę opowiedzieć jakiej dokładnie potrzebuje pani pomocy?
- Aktualnie, wyprowadziłam się z domu- zaczęła, a w tym czasie mały Matt zaczął ciągnąć mnie za sznurek od bluzy.- Zabiorę go- powstrzymałem ją i poprosiłem żeby kontynuowała.- Nie mam dokąd pójść, nie mam również żadnych pieniędzy, ani pracy. Bonnie, moja przyjaciółka powiedziała, że mogę zgłosić się do pana i otrzymam pomoc- wiedziałem, że wiele rzeczy chciałaby przemilczeć.- Powiem szczerze- podjęła po chwili.- Mój mąż jest bardzo wybuchowy, ostatnio coraz częściej podnosi na mnie rękę, więc postanowiłam, że muszę się wyprowadzić, ale praktycznie zostałam na ulicy, czy może mi pan jakoś pomóc?- zapytała z nadzieją.
- Po pierwsze nie jestem panem, mów do mnie Niklaus, a jeszcze lepiej po prostu Klaus- uśmiechnąłem się.- Wracając do tematu, nasza fundacja udziela pomocy ofiarom przemoc i samotnym matkom. Oczywiście za chwilę zajmę się znalezieniem dla ciebie miejsca w placówce, żeby mogła się tutaj zatrzymać. Niestety to tylko chwilowe rozwiązanie, ponieważ to nieodpowiednie miejsce dla kobiety i dzieci, zwyczajnie nieprzystosowane. Jednak fundacja dysponuje kilkoma mieszkaniami, spróbuje zdobyć dla ciebie jedno. Powiedz mi, jakie masz wykształcenie?- zapytałem.
- Właściwie żadne- odpowiedziała po chwili.- Zaszłam w ciążę w ostatniej klasie liceum i nie skończyłam szkoły- poczerwieniała.- Najprawdopodobniej nie znajdę pracy, ponieważ dzieci jeszcze są za małe żeby pójść do przedszkola, poza tym kto by mnie zatrudnił bez wykształcenia- rzeczywiście trudna sytuacja.
- Nie możesz się teraz załamywać- powiedziałem.- Priorytetem jest teraz znalezienie dla was porządnego mieszkania- połaskotałem Matta.- Później zajmę się zorganizowaniem dla ciebie kursów dokształcających. Pomogą ci skończyć liceum, a później wyrobić zawód. Zostań tutaj, a ja pójdę porozmawiać z panią prezes w sprawie pokoju- wstałem, zostawiłem małego Matta w wózku i wyszedłem.

Byłam w szoku, wszystko tak szybko się potoczyło. Jednak patrząc na dwójkę moich kochanych łobuzów wiedziałam, że postąpiłam słusznie. Zrobię wszystko żeby Ali i Mattowi żyło się lepiej i żeby nigdy nie popełnili moich błędów. Dziewczyny miały racje, powinnam odejść od Tylera już dawno temu. Dziwne, ale Niklaus również wydaje się człowiekiem godnym zaufania, czułam że będzie wstanie udzielić mi pomocy.

Opowiadanie, które pisałam już wcześniej, nawet przed Zaczynając nowe życie. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu, wiem że miałam napisać nowy rozdział, na któreś z poprzednich ale na każdym mam po kilka zdań i więcej nie potrafię skleić.